198 ☕️ …

198 ☕️

Alessandra rozpływała się w epitetach na temat zdolności Oliwki, idealnie zbilansowanej kwasowości kawy i doborze stylu parzenia. Jaki człowiek, który nie ma doświadczenia w przygotowywaniu kawy, zrozumiałby te wywody? Żaden! A z pewnością nie Oliwka, która lekko oszołomiona tym zwrotem akcji usiadła na fotelu wiklinowym. Słońce powoli zachodziło za horyzont i powietrze delikatnie ochładzało się. Puste talerze, na których jeszcze niedawno przycupnęły soczyste owoce, teraz pełne były kleistego płynu, który zwabiał do siebie rzesze owadów.

– No dziewczyny, czas na odpoczynek. – zarządziła Alessandra i powoli zaczęła zbierać nakrycia ze stołu.

– Pomogę ci. – Monika mimo widocznego zmęczenia i mocno zaróżowionych policzków (pewnie będących wynikiem nadmiaru włoskiego wina we krwi) ruszyła za przyjaciółką do kuchni.

Oliwka przyglądała się wszystkiemu ze zdumieniem. Nie znała całej przeszłości swojej matki. Czasami zdarzało się, zwłaszcza, gdy na zewnątrz szalała mroźna zima, że obie zasiadały przy małej kawie i delektowały się domową nalewką z malin.

– Ech pyszota! – westchnęła głośno na myśl o genialnie dobranych proporcjach owoców, cukru i alkoholu. Nie przepadała za nalewkami ze sklepów, które bardziej przypominały jej jakiś cukrowy płyn niż babciny syropek na wszelkie katary i smuteczki.

– Ciekawe, czy w tym roku zdążymy przygotować jakieś nalewki? – Monika wyjrzała z kuchennego okna, jakby czytała w myślach Oliwki. Obie lubiły letnie soboty, gdy zasiadały do szypułkowania i drylowania owoców. Nawet szło im to sprawnie , chociaż kuchnia zawsze po takiej akcji wyglądała, jak pobojowisko, pełne krwawych śladów walki.

– Myślisz, że nie zdążymy?

– Kto wie? Kto wie? A jak nie zdążymy, to zrobimy imbirówkę babci Ali. Akurat miód będzie, a korzeń imbiru zawsze jest w sklepie… A teraz idź się zdrzemnij. Obudzę cię, jak będziemy jechały na targ do Rzymu.

– Na Campo di Fiori? Cudownie!

Oliwka chcąc, nie chcąc poszła do pokoju, w którym zawsze zatrzymywała się Bella. Pokój pachniał świeżą lawendą, chociaż na okrągłym stole królowały ogrodowe róże. Pod oknem stała malutka sofa, a na niej leżała jakaś książka, tak jakby Bella właśnie zrobiła sobie przerwę, by zejść do kuchni po szklankę wody, a co bardziej prawdopodobne o tej porze- po duże cafe latte.

Przerzuciła parę kartek i już wiedziała, że musi przeczytać wszystko. Od deski do deski.