195 ☕️ …

195 ☕️

Dom Alessandry był olbrzymi. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie, gdy Oliwka i Monika wysiadły z Pięćsetki. Wielkie, niebieskie okiennice połyskiwały w słońcu, jakby za chwilę miały stopić się z bezchmurnym niebem i poszybować gdzieś daleko, najlepiej na południe Włoch.

– Chodźcie do ogrodu. Tam teraz jest cień. A potem pójdziemy do winnicy Sebastiana – Alessandra uśmiechnęła się sama do siebie. Jej znajomość języka polskiego z dnia na dzień pogłębiała się, a odmiana czasowników przez osoby nie sprawiała już tyle kłopotu. Wystarczyło pół roku intensywnych konwersacji z sąsiadem i już. Teraz mogła rozmawiać o wszystkim i niczym.

Kobiety przeszły wąską kamienną dróżką na tyły domu, a to co tam zastały przeszło najśmielsze oczekiwania Oliwki. Ogród dosłownie tonął w zieleni. Kwiaty skłaniały się od nadmiaru pszczół poszukujących pysznego nektaru. Trawa, wręcz idealnie przycięta, zapraszała, by zdjąć buty i pochodzić po jej delikatnej grzywce.

– Ależ tutaj jest pięknie, Alessandro! – Monika aż przysiadła z zachwytu. Pamietała ten ogród jeszcze z czasów młodości, gdy przyjechała na zbiory winogron do pobliskiej winnicy. Poznała wówczas piękną Alessandrę, w której już następnego dnia pracy zakochana była niemal cała ekipa z Polski. Chłopcy od razu znajdowali tysiące powodów, by zaglądać do kuchni, gdzie piękna Włoszka przyrządzała im pyszne dania. Wyczarowywała zestawy iście królewskie, chociaż Leonardo, zarządca winnicy, płacił jej jedynie za zrobienie gorącej zupy Minestrone i kanapki z mortadelą. A ta dziewczyna z zupy warzywnej robiła prawdziwe mistrzostwo sztuki kulinarnej. Świeże zioła aż kręciły w nosie, a znajdowała je dosłownie wszędzie. Na ścieżce wiodącej do lasu, na rabatkach kwiatowych, czy na starych murach okalających pobliskie miasteczko. Kapary zawsze niosła do domu, by w nocy zamarynować je w mocnej octowej zaprawie, a płatki kwiatów dobierała do własnego humoru. Miała wiec zupa różne kolory lata.

– Alessandra a robisz jeszcze kawową granolę według przepisu żony Leonarda? Masz ten przepis?

– Maria.

– Jaka Maria? – Monika i Oliwka usiadły wreszcie pod pergolą, która cała była spowita zielonymi liśćmi winogron.

– Żona Leonarda nazywała się Maria. A przepisu nie mam. Znam go na pamięć. Zresztą. Poczekajcie chwilkę i przyniosę wam deser z granolą. Przed waszym przyjazdem zrobiłam.

Monika z podziwem spojrzała na Alessandrę. Mimo zaawansowanego wieku, wyglądała cudownie. Burza loków okalała jej śniadą cerę, a smukła sylwetka kompletnie nie przypominała równolatki Moniki.

– Matko jedyna, jak ty to robisz?
– Ale co?
– Wyglądasz bajecznie, jakbyś dopiero co skończyła studia. Niesamowite.
Alessandra objęła czule Monikę i ucałowała jej zapadnięty z przemęczenia policzek.

– To te powietrze, Moniczko, wasz przyjazd i … miłość. Jestem zakochana po uszy.