200 ☕️ …

200 ☕️

Szybki prysznic i szklanka wody. Tyle wystarczyłoby Oliwce, by być gotową na zakupy na słynnym Campo de’ Fiori. Tyle słyszała o tym miejscu pełnym gwaru i kolorów. Tu można kupić dosłownie wszystko, od oliwy z pierwszego tłoczenia, poprzez dorodne karczochy, aż do misternie tkanych obrusów.

Bella zawsze ciepło wspominała swoje pobyty we Włoszech, ale gdy zaczynała opowiadać o targu, niemal śpiewała z zachwytu. Teraz Oliwka miała okazję na własne oczy przekonać się, jak wielobarwne było te miejsce. Turyści z trudem przechodzili między straganami, gdzie kupcy nawoływali do skosztowania i kupienia właśnie ich dojrzałych serów, czy aromatycznych przypraw. A, że było wyjątkowo gorąco, jak na poranek, Alessandra kupiła trzy plastikowe kubki wypełnione po brzegi dorodnymi owocami.

Oliwka najpierw sięgnęła po cząstkę ananasa. Soczysty i orzeźwiający owoc był idealny w smaku, by po chwili ustąpić miejsca królowej tego poranka – czerwonokrwistej truskawce. Ależ to było smaczne!

Alessandra gadała ze straganiarzami, jak najęta. Oliwka nic z tego nie rozumiała, chociaż przesłuchała przed wyjazdem kilka starych zestawów książek do włoskiego, które zalegały na regałach w domu. Parę kupiła jeszcze poprzedniego lata, ale pozostałe nie należały do niej. Pewnie Monika szlifowała swój włoski pod nieobecność córki, bo przecież zawsze mówiła, że czego jak czego, ale obcego języka nie zna ani jednego. Tu we Włoszech okazało się, że znajomość języka nie zawsze idzie w parze z wyuczonymi na pamięć zwrotami i słówkami, a Alessandra i Monika skrywały jakąś tajemnicę z młodości. Obie wtapiały się idealnie w tłum targując się, jak zawodowe kucharki.

„Alessandrę rozumiem” – pomyślała zaskoczona Oliwka – „w końcu jest Włoszką i mieszka w Rzymie od lat, od czasu do czasu zdradzając go dla Florencji, czy polskiego Krakowa, ale moja mama? Nic nie rozumiem. Może tu, na Campo de’ Fiori czegoś się dowiem?”

– Buongiorno bella mia! Come stai? – Przystojny mężczyzna podszedł do Alessandry i pocałował ją czule.
– Oliwka, to jest…
– Tak wiem… To jest były szef Belli.

199 ☕️ …

199 ☕️

Książka okazała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Oliwka nawet nie zauważyła, jak zaczęło świtać. Czytała bez przerwy. Nawet nie wychodziła z pokoju, gdy Alessandra i Monika zapraszały ją na schłodzone wino do ogrodu. Potem jednak przyjaciółki zdecydowały się zostawić dziewczynę samą, by po jakiejś godzinie zasnąć w hamakach rozwieszonych w ogrodzie. Teraz dookoła panowała błoga cisza, a pierwsze promienie słońca jeszcze nieśmiało przebijały się przez lekko przysłonięte okno.

Pokój, w którym zatrzymała się Oliwia był na poddaszu i w niczym nie przypominał pomieszczeń, jakie znane były dziewczynie z Polski. Każdy szczegół, lampka nocna, rama u wezgłowia łóżka, zasłony i pościel aż uginały się pod wzorami z kiści winogron. Biały kolor przeplatał się ze wszystkimi odcieniami soczyście wiosennej zieleni. Bogate złocenia nadawały pomieszczeniu znamion bogactwa. Na stole stała karafka z limonką i wodą z pobliskiej studni. Czego więcej potrzeba, by zatopić się w lekturze i zapomnieć o całym bożym świecie? Może wina na zgłębienie romantycznego nastroju, albo wręcz odwrotnie – kawy, która mogłaby pobudzić do szybszego czytania.

„Jeśli wybierasz się do Rzymu, najważniejszą i bezwzględną regułą winna być lektura Tempo di Roma.” To zdanie Dominique Costermans i Christiana Libensa wydrukowane na okładce książki Tempo di Roma zakreślone było na czerwono, jakby Bella bardzo chciała, by każdy, kto zacznie czytać o Rzymie, musiał natrafić na takie złote myśli. A było ich wiele. Bella, w przeciwieństwie do Oliwki, zawsze podkreślała fragmenty zdań, jakby chciała do tej książki powrócić, zaznaczyć, że to jest jej własność. Oliwka przeciwnie. Nie cierpiała wszelkich znaków, wolała ważne myśli oznaczyć kolorowymi zakładkami, albo małymi karteczkami. Jednak tym razem była wdzięczna Belli za wskazówki.

Oto przez niemal całą noc wędrowała po literackim Rzymie, żyła biograficznymi opowieściami Alexisa Curversa o powojennym Rzymie, Rzymie pięknym i tajemniczym. Czterysta stron wystarczyło, by zakochać się w murach tego wiecznego miasta. Teraz mogła nareszcie odetchnąć pełną piersią. Rzym był na wyciągnięcie ręki. Jakieś zaledwie kilka kilometrów. Wystarczyło otworzyć okiennice i spojrzeć daleko przed siebie.

– Oliwka! Która już godzina? Moniko wstawaj! Przespałyśmy całą noc w hamakach! – Alessandra przeciągnęła się leniwie i wcale nie wyglądała na osobę, która chciała już wstawać.

Było bardzo wcześnie, jak na pobudkę. Zegar wskazywał szóstą rano, więc nie była to pora na jakiekolwiek zdecydowane ruchy. Alessandra szturchnęła jedynie łokciem Monikę śpiącą na drugim hamaku.

– Żartujesz? Całą noc spałyśmy? Cudownie! Jak za dawnych lat! – Monika spojrzała na okno, z którego obserwowała je Oliwka. – Córciu, zrób nam dobrą kawę i pokrój placek ze śliwkami. Powinien być na stole pod ściereczką.

– Ten mój ulubiony?

– Tak kochanie. Zrobiłam wieczorem z myślą o dzisiejszym śniadaniu. A ty jak spałaś?

Cóż mogła jej odpowiedzieć? Że nie spała? Wtedy matka zacznie się zamartwiać zanim zrozumie, że można bez tchu czytać o czymś pięknym.

– Tempo di Roma, mia mamma, tempo di Roma!

198 ☕️ …

198 ☕️

Alessandra rozpływała się w epitetach na temat zdolności Oliwki, idealnie zbilansowanej kwasowości kawy i doborze stylu parzenia. Jaki człowiek, który nie ma doświadczenia w przygotowywaniu kawy, zrozumiałby te wywody? Żaden! A z pewnością nie Oliwka, która lekko oszołomiona tym zwrotem akcji usiadła na fotelu wiklinowym. Słońce powoli zachodziło za horyzont i powietrze delikatnie ochładzało się. Puste talerze, na których jeszcze niedawno przycupnęły soczyste owoce, teraz pełne były kleistego płynu, który zwabiał do siebie rzesze owadów.

– No dziewczyny, czas na odpoczynek. – zarządziła Alessandra i powoli zaczęła zbierać nakrycia ze stołu.

– Pomogę ci. – Monika mimo widocznego zmęczenia i mocno zaróżowionych policzków (pewnie będących wynikiem nadmiaru włoskiego wina we krwi) ruszyła za przyjaciółką do kuchni.

Oliwka przyglądała się wszystkiemu ze zdumieniem. Nie znała całej przeszłości swojej matki. Czasami zdarzało się, zwłaszcza, gdy na zewnątrz szalała mroźna zima, że obie zasiadały przy małej kawie i delektowały się domową nalewką z malin.

– Ech pyszota! – westchnęła głośno na myśl o genialnie dobranych proporcjach owoców, cukru i alkoholu. Nie przepadała za nalewkami ze sklepów, które bardziej przypominały jej jakiś cukrowy płyn niż babciny syropek na wszelkie katary i smuteczki.

– Ciekawe, czy w tym roku zdążymy przygotować jakieś nalewki? – Monika wyjrzała z kuchennego okna, jakby czytała w myślach Oliwki. Obie lubiły letnie soboty, gdy zasiadały do szypułkowania i drylowania owoców. Nawet szło im to sprawnie , chociaż kuchnia zawsze po takiej akcji wyglądała, jak pobojowisko, pełne krwawych śladów walki.

– Myślisz, że nie zdążymy?

– Kto wie? Kto wie? A jak nie zdążymy, to zrobimy imbirówkę babci Ali. Akurat miód będzie, a korzeń imbiru zawsze jest w sklepie… A teraz idź się zdrzemnij. Obudzę cię, jak będziemy jechały na targ do Rzymu.

– Na Campo di Fiori? Cudownie!

Oliwka chcąc, nie chcąc poszła do pokoju, w którym zawsze zatrzymywała się Bella. Pokój pachniał świeżą lawendą, chociaż na okrągłym stole królowały ogrodowe róże. Pod oknem stała malutka sofa, a na niej leżała jakaś książka, tak jakby Bella właśnie zrobiła sobie przerwę, by zejść do kuchni po szklankę wody, a co bardziej prawdopodobne o tej porze- po duże cafe latte.

Przerzuciła parę kartek i już wiedziała, że musi przeczytać wszystko. Od deski do deski.

197☕️ …

197☕️

– Bella, ja tu nic nie rozumiem. – Głos Oliwki urywał się. Chciała pogadać z kuzynką, chociaż w głowie miała mętlik od nadmiaru domowego wina.

– A po co ci rozumieć wszystko? Tutaj nie jesteś nauczycielką, która musi mieć odpowiedź na każde zadane przez siebie pytanie, prawda? Wyluzuj siostra, jesteś na rzymskich wakacjach, a nie w pokoju nauczycielskim. – Bella próbowała być miła, chociaż nie za bardzo umiała ukryć swój sarkazm. Nie przepadała za nauczycielami i na kilometr wyczuwała, że za chwilę do jej kawiarni wkroczy grupa wszechwiedzących pań, które nawet zamawiając kawę, musiały jej dyktować polecenia. A po pierwszym łyku caffè latte zaczynały dyskusję o uczniach, ich zachowaniu i ocenach, jakby nie potrafiły oderwać się od swojej pracy zawodowej nawet na sekundę.

Oliwka oczywiście od razu wyczuła intencję Belli i choć początkowo poczuła się urażona, to w duchu przyznawała kuzynce rację. Już od paru lat zastanawiała się nad zmianą miejsca pracy, gdzie pracowała za długo i zbyt dobrze znała wszelkie układy i układziki. A kto wie? Może nawet zdecydowałaby się się na całkowite odejście ze szkoły i zaczęła nowy rozdział w życiu?

Teraz jednak nie to chodziło jej po głowie. Zastanawiała się nad przyjaźnią mamy i Alessandry, obserwowała je, gdy szeptały podczas obiadu i była bardzo zdziwiona, że Monika nigdy o tej przyjaźni nie opowiadała.

– No dobra, mów co wiesz. – Bella tym razem łagodnie rozpoczęła zdanie. Sama była ciekawa, co tak wzburzyło kuzynkę. – Postaram się ci pomóc, ale najpierw weź telefon i idź do kuchni.

– Właśnie tu siedzę. – Oliwka rozejrzała się po przestronnym wnętrzu, w którym pachniało prażonymi orzechami laskowymi i gorącą czekoladą, które dosłownie parę chwil wcześniej Alessandra podała na deser wraz ze swoim słynnym tiramisu. Teraz naczynia czekały na umycie, a gospodyni odpoczywała na tarasie wraz z Moniką. Do kuchni dobiegał tylko ich szczery śmiech przerywany gromkim Stai scherzando (żartujesz).

– To podejdź do kuchenki i sprawdź, czy nad nią nie stoi niebieskie pudełko. Otwórz je. Tam Alessandra zawsze trzyma kawę, którą mieli z rana. Weź wsyp czubatą łyżkę do miedzianego tygielka i zalej zimną wodą. Dodaj łyżeczkę cukru i zaparz. Płyn powinien się podnieść dwa do trzech razy. Po dwóch minutach zdejmij z ognia, by piana opadła i znów postaw na ogniu. Ale tym razem zmniejsz go do minimum. A potem weź ze stołu tackę z małymi szklaneczkami i zanieś wszystko Alessandrze i Monice. To tyle. A! I odłóż ten telefon. Masz przecież wymarzone vacance italiane.

Oliwka nawet nie dopytywała po co to, tylko pokornie wykonała wszystko, co Bella kazała jej zrobić i po chwili dołączyła do pań w altanie.

– Che sorpresa! – Wykrzyknęły Monika i Alessandra jednocześnie. – Sei grande Olivia!

– Mamo! To ty mówisz po włosku? Przecież sama mówiłaś… – Oliwka zamilkła. Przecież była na wakacjach, a nie w szkole.

196 ☕️ …

196 ☕️

– Że jak? Nie dosłyszałam… – Monika zamarła, gdy usłyszała najnowsze wiadomości, jakie od godziny Alessandra próbowała jej przekazać. – Ty się w nim zakochałaś? Przecież on nie jest Włochem?

Ostatnie zdanie wypowiedziała z wielkim naciskiem tak, że Oliwia aż podskoczyła i wylała na śnieżnobiały obrus parę kropel wina. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a one wciąż celebrowały spotkanie po latach. Mięsiwa i sałaty zastąpiły teraz misy z dojrzałymi morelami i winogronami. Tylko butelki wina pozostawały na swoich pozycjach. Ich zawartość zniewalała niebywałym zapachem. Aromaty świeżych cytrusów mieszały się z dojrzałością ich smaków, a Oliwka miała wrażenie, że mogłaby zostać w jakiejś pobliskiej winnicy, rzucając swoje dotychczasowe obowiązki w Polsce.

– Kto nie jest Włochem? Mamo! Kto nie jest Włochem?

Alessandra i Monika przerwały na moment rozmowę.

– Oliwko. Już tobie wystarczy. Jesteś zmęczona po podróży i chyba za dużo wypiłaś. Jutro też jest dzień, a my zostajemy tu jeszcze przez tydzień. – Monika złapała za kieliszek córki i próbowała pomóc córce wstać od stołu.

Jednak Oliwia nawet nie miała zamiaru odpocząć. Co więcej. Wino otwierało przed nią kolejne tajemnice i dziewczyna odczuwała już posmak kawy i czekolady. Niska kwasowość napoju i rubinowy kolor zachwycały świeżością. Nie można było tak zwyczajnie wstać i odejść od stołu, gdy na stole wciąż królowały dwie prawie nietknięte butelki.

– Mamo, ile ja mam lat? Czy ty w końcu zauważysz, że nie jestem małą dziewczynką i wiem, co mogę robić i co mi szkodzi?

Monika posmutniała na chwilę, widząc łzy w oczach córki. Kochała ją i wiedziała, jak bardzo Oliwka była nieszczęśliwa i jak mało jej brakowało do depresji. A może już potrzebowała pomocy specjalisty? Wyjazd miał pomóc, a tymczasem okazał się przyczyną kolejnych łez…

– Przestańcie dziewczyny, dziś każda z nas robi co chce. Tutaj jest bezpiecznie i macie się czuć, jak u siebie. A poza tym mam dla was małą niespodziankę. – Alessandra wstała od stołu i ruszyła w stronę domu, by po chwili w nim zniknąć. – Poczekajcie chwilkę- Krzyknęła na odchodnym. – Bo muszę iść po nią do kuchni.

– Mamo… Ja nie chciałam cię zmartwić. – Oliwka spojrzała na zatroskaną matkę. – Nawet nie wiesz, jak jestem Ci wdzięczna, że mnie tu zabrałaś na tydzień.

– Wiem córeczko, wiem. – Monika objęła córkę i pogłaskała ją, jak małą córeczkę sprzed lat. – I co więcej kochanie. Jeśli potrzebujesz zostać tutaj dłużej, zostaniesz. Jasne?

– Jasne mamo. Dziękuję.

195 ☕️ …

195 ☕️

Dom Alessandry był olbrzymi. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie, gdy Oliwka i Monika wysiadły z Pięćsetki. Wielkie, niebieskie okiennice połyskiwały w słońcu, jakby za chwilę miały stopić się z bezchmurnym niebem i poszybować gdzieś daleko, najlepiej na południe Włoch.

– Chodźcie do ogrodu. Tam teraz jest cień. A potem pójdziemy do winnicy Sebastiana – Alessandra uśmiechnęła się sama do siebie. Jej znajomość języka polskiego z dnia na dzień pogłębiała się, a odmiana czasowników przez osoby nie sprawiała już tyle kłopotu. Wystarczyło pół roku intensywnych konwersacji z sąsiadem i już. Teraz mogła rozmawiać o wszystkim i niczym.

Kobiety przeszły wąską kamienną dróżką na tyły domu, a to co tam zastały przeszło najśmielsze oczekiwania Oliwki. Ogród dosłownie tonął w zieleni. Kwiaty skłaniały się od nadmiaru pszczół poszukujących pysznego nektaru. Trawa, wręcz idealnie przycięta, zapraszała, by zdjąć buty i pochodzić po jej delikatnej grzywce.

– Ależ tutaj jest pięknie, Alessandro! – Monika aż przysiadła z zachwytu. Pamietała ten ogród jeszcze z czasów młodości, gdy przyjechała na zbiory winogron do pobliskiej winnicy. Poznała wówczas piękną Alessandrę, w której już następnego dnia pracy zakochana była niemal cała ekipa z Polski. Chłopcy od razu znajdowali tysiące powodów, by zaglądać do kuchni, gdzie piękna Włoszka przyrządzała im pyszne dania. Wyczarowywała zestawy iście królewskie, chociaż Leonardo, zarządca winnicy, płacił jej jedynie za zrobienie gorącej zupy Minestrone i kanapki z mortadelą. A ta dziewczyna z zupy warzywnej robiła prawdziwe mistrzostwo sztuki kulinarnej. Świeże zioła aż kręciły w nosie, a znajdowała je dosłownie wszędzie. Na ścieżce wiodącej do lasu, na rabatkach kwiatowych, czy na starych murach okalających pobliskie miasteczko. Kapary zawsze niosła do domu, by w nocy zamarynować je w mocnej octowej zaprawie, a płatki kwiatów dobierała do własnego humoru. Miała wiec zupa różne kolory lata.

– Alessandra a robisz jeszcze kawową granolę według przepisu żony Leonarda? Masz ten przepis?

– Maria.

– Jaka Maria? – Monika i Oliwka usiadły wreszcie pod pergolą, która cała była spowita zielonymi liśćmi winogron.

– Żona Leonarda nazywała się Maria. A przepisu nie mam. Znam go na pamięć. Zresztą. Poczekajcie chwilkę i przyniosę wam deser z granolą. Przed waszym przyjazdem zrobiłam.

Monika z podziwem spojrzała na Alessandrę. Mimo zaawansowanego wieku, wyglądała cudownie. Burza loków okalała jej śniadą cerę, a smukła sylwetka kompletnie nie przypominała równolatki Moniki.

– Matko jedyna, jak ty to robisz?
– Ale co?
– Wyglądasz bajecznie, jakbyś dopiero co skończyła studia. Niesamowite.
Alessandra objęła czule Monikę i ucałowała jej zapadnięty z przemęczenia policzek.

– To te powietrze, Moniczko, wasz przyjazd i … miłość. Jestem zakochana po uszy.

194 ☕️ …

194 ☕️

– No dobra, idziemy kochane moje. – spokojny głos Alessandry dotarł do Oliwki, mimo niesamowitego tłumu turystów, którzy chcieli mieć obowiązkowe zdjęcie przy Fontannie di Trevi. Każdy wyginał się i uśmiechał do swojego magicznego telefonu, by po chwili w skupieniu sprawdzać rezultaty własnych dokonań fotograficznych. Jeśli zdjęcie było niezadowalające, następowało coś w rodzaju powtórki z rozrywki i delikwent znów wdzięczył się do małego okienka w telefonie. Co poniektórzy robili to non stop.

Z Oliwką było zupełnie inaczej. Telefon i internet traktowała jako dobro samo w sobie, ale własne zdjęcia? I do tego na Facebooku? O nie. Co to to nie. Nie lubiła takiego sposobu kontaktu z innymi. Nie lubiła siebie na zdjęciach. I nie lubiła obserwowania życia innych. Jej koleżanki z pracy zamieszczały wszystko- dokonania wybitnych ( a jakże! ) dzieci, złote myśli, które rzekomo były ich własnymi przemyśleniami, zdjęcia z wakacji, zdjęcia z pracy, zdjęcia z partnerem i potem z kolejnym partnerem.

Ale były też i takie momenty, gdy uwielbiała śledzić blogi kulinarne. Wtedy siadała wygodnie w starym czerwonym fotelu i surfowała po necie w poszukiwaniu obiadowych inspiracji. Nawet teraz, gdy miała gościć u Alessandry, chciała poczęstować ją na śniadanie własną wersją delikatnych tostów z masłem, żółtym serem i płatkami prażonych migdałów. Wystarczyło kupić dobre składniki w jakimś supermarkecie. Już raz takie zrobiła Belli, gdy była na święta w Krakowie. Teraz wystarczyło powtórzyć sukces i już.

– Oliwko, No chodźcie już. – Alessandra wyglądała na zadowoloną. Dawno nie rozmawiała z Moniką i teraz miała jej dużo do powiedzenia. – A może zrobię nam selfie? Przecież to nasze pierwsze chwile razem tu w Rzymie.

Oliwka opieszale ustawiła się do zdjęcia. Znów miała uśmiechać się sztywno i pewnie znów wyjdzie koszmarnie.

– i co z tym zdjęciem zrobisz?
– Jak to co? Wyślę do Belli i wrzucę na fejsbuczka. A niech wszyscy wiedzą, jakie mam cudowne przyjaciółki z Polski.

193☕️ …

193☕️

Dom Alessandry oddalony był od Watykanu jakieś 15 minut. Oczywiście, jeśli jechało się w stylu typowo włoskim, a nie szwedzkim, czy norweskim. Tutaj wszystko nabierało rumieńców i tętniło życiem. Każda ulica odsłaniała przed wnikliwym okiem turysty niezwykłe tajemnice. Oto budowla Colloseum, która przyciągała do siebie niemal każdego, otoczona była zakamarkami, gdzie chłopak mógł skraść pocałunek ukochanej, a Forum Romanum gromadziło wielu śpiewaków, którzy śpiewając znane przeboje starali się zarobić na lampkę wina czy kawałek pizzy.

Nie inaczej było przy Fontannie di Trevi. Alessandra zaparkowała tuż przy placu i pozwoliła ciekawskim turystom robić sobie zdjęcia przy leciwej już pięćsetce. Ten mały kultowy Fiat przyciągał wszystkich jak magnes i bawił miłośników motoryzacji i włoskiej mody.

– Idźcie, idźcie. Ja tu popilnuję moich czterech kółek. A wy gnajcie do fontanny.

Monika ledwo wysiadła z ciasnego samochodu. Była już zmęczona i jedyna rzecz, o której marzyła to było wygodne łóżko. Jednak poszła za córką do Fontanny. Dała nawet sobie zrobić zdjęcie podczas rzucania monetą.

– Oj mamo! Rzuć jeszcze raz.- Zmęczenie dawało już się we znaki Oliwce, która chciała szybko przesłać zdjęcie do Belli. – No mamuś, prawa ręka i rzuć przez lewe ramię. A i koniecznie pomyśl jakieś życzenie, Ok?

– Ok. Ok. Ale powiesz mi, jakie było twoje marzenie, Okej?

Oliwka nawet nie miała ochoty na dyskusję. Stanęła w rozkroku, by złapać równowagę bez pomocy statywu i klik. Pierwszy punkt programu już jest zaliczony.

– A co z marzeniami, powiesz kochanie? Nikomu nie powiem.

Spokojnie mamo. Marzenia są. I to jakie.

192☕️ …

192☕️

Mury Watykanu niespiesznie wyłaniały się zza hotelu Michelangelo na Via Della Stazione Di S. Pietro. Wystarczyło patrzeć przed siebie, by po chwili ujrzeć piękną kopułę Bazyliki Świetego Piotra. Tłumy turystów zmierzały już na spoczynek, wiec Oliwka chwyciła matkę za rękę, by nie stracić jej z oczu. Mimo nad wyraz tanich połączeń, Monika nie włączyła roamingu przed odlotem, więc wyglądało na to, że cały pobyt będą zdane na swoje towarzystwo, chyba że Alessandra coś wymyśli i uratuje Oliwkę przed stałą kontrolą matki.

Jednak, czy taka kontrola była potrzebna? Oliwia nie miała już kilkunastu lat. Jej życie było jedną wielką rutyną. Wszędzie miała blisko. Sklep, w którym robiła zakupy był tuż za rogiem jej bloku. W przypływie szaleństwa szła do pobliskiej galerii, przymierzała kilogramy ubrań i wciskała się w przymałe szpilki po to tylko, by po chwili zasiąść przed ekranem swojego komputera i zamówić parę kreacji przez internet. Taniej? Niby tak. Grunt, że nie musiała zapraszać na wędrówkę po sklepach swoich koleżanek z pracy. Nie przepadała za ich komentarzami. Zawsze były zbyt ostre i kanciaste. Zawsze krytyczne wobec pulchnych kształtów Oliwki.

Teraz, w wygodnych butach z wyprzedaży i nowej białej bluzce Oliwia przechodziła przez ostatnią uliczkę, tuż przy Watykanie.

– Patrz mamo. Tu po prawej. Widzisz? Kaplica Świętej Moniki. Zajdziemy jutro, bo dziś jest już chyba zamknięte.

Rzeczywiście. Mała kapliczka już była zamknięta, a karabinierzy spokojnie przechadzali się wokół swoich wozów wojskowych. I mimo tak trudnego widoku, jakim były karabiny zawieszone na piersiach żołnierzy, Oliwka z przyjemnością przyglądała się ich południowym rysom twarzy.

– Przystojni, prawda? – Natalka przystanęła na moment, by nabrać tchu. Brak snu i ciągłe życie na walizkach dawały już się jej we znaki. To już nie te czasy, kiedy z Alessandrą biegały po sklepach całymi dniami, by złapać jakąś okazję. Teraz mogła jedynie czekać na przyjaciółkę z młodości, która miała zabrać ją do swojego domu. Chwila odpoczynku dobrze jej zrobi. Oliwce też się należy. Dziewczyna miała mętlik w głowie i tylko Monika widziała, jak bardzo ten wyjazd był potrzebny im obu.

Słońce powoli chowało się za budynki i jego ostanie promienie ślizgały się po murach. Nawet gołębie rozglądały się za jakimś noclegiem, a mewy, które krążyły nad miastem, zapowiadały piękną noc. Pierwszą w Rzymie. Pierwszą i ostatnią taką smutną dla Oliwii.

– Monika! Monika! Mia ragazza. Monika! Come stai? – Piękna Włoszka w wielkim czerwonym kapeluszu zmierzała w stronę uradowanej Moniki. Kolorowy szal delikatnie okalał jej szyję, a morze bransolet połyskiwało w zachodzącym słońcu. – Napijcie się kawy. Kupiłam specjalnie dla was. I weźcie te kanapki, bo zaraz mewy wyrwą mi wszystko z rąk.

– To może być tylko Alessandra. Tylko ona może tak pięknie wyglądać. – pomyślała uradowana Oliwka.

191 ☕️ …

191 ☕️

Filiżanka lekko ogrzewała dłonie Oliwki, która wygodnie usadowiła się na ławie przytulonej do nasłonecznionej ściany małej kawiarenki. To tak wyglada ten Rzym. Jest zwyczajny. Bez żadnych fajerwerków i rozkrzyczanych ludzi. Marco, młody barista, który podśpiewywał sobie pod dobrze przystrzyżonym czarnym wąsikiem, co jakiś czas spoglądał z rozbawieniem na dwie kobiety. Oliwka w końcu zdecydowała się poprosić go łamanym włoskim o jeszcze jednego croissanta. Była wyjątkowo głodna po podróży, a croissant aż rozpływał się w ustach.

– Pyszne. Te croissanty są pyszne. Sami je robicie? – Marco wziął z kontuaru rogalika i postawił go przed Oliwką.

– Si! Mia mamma cuoce i croissant.

Pani Monika zerknęła w stronę młodego człowieka.

– Co on powiedział córciu? – Monika zainteresowała się w końcu swoją córką i odłożyła telefon. Od godziny rozmawiała z Bellą i ustalała jakieś szczegóły. Na szczęście roaming nie był przeszkodą, więc mogła swobodnie opowiadać Belli o planach pobytu w Rzymie. A Bella, jak to Bella, radziła co i gdzie zobaczyć, co i gdzie zjeść. Tutaj też kazała złożyć pierwszą wizytę i poczuć się, jak prawdziwe Włoszki, a nie jak turystki z zatłoczonego autokaru. Oczywiście Alessandra też już była w drodze, by zabrać dziewczyny do siebie.

– Nie jestem pewna, ale chyba, że jego mama sama piecze rogaliki. – Oliwka odetchnęła z ulgą. Uczyła się włoskiego przez ostatnie dwa miesiące, ale niestety gramatyka legła w gruzach, a słownictwo wcale nie wchodziło jej do głowy. I teraz zamiast rozpływać się w potoku słów, zastanawiała się nad każdą sylabą. Znów wyszło nie tak… Znów będą się wszyscy z niej śmiać. Znów kolejny wyjazd okaże się niewypałem.

Na szczęście kawa i croissant szybko złagodziły ból porażki językowej. Kruche ciasto rozpływało się w ustach a kawa pozwalała delektować się chwilą.

– Nic mi nie przeszkodzi od dziś w realizacji moich marzeń. Koniec ze smuteczkami. Teraz muszę w końcu zrealizować moją listę marzeń sprzed lat. – Oliwka uśmiechnęła się sama do siebie i zamknęła oczy. Słońce delikatnie głaskało jej zmęczoną twarz. Próbowała sobie przypomnieć dawno nakreślone punkty.

– Jej kalendarz wreszcie zostanie zapisany. Punkt pierwszy – zobaczyć Rzym i napić się słynnej rzymskiej kawy.